06/06/21
Kuba nadal prawie nic nie je, nadal jest zamknięty w sobie, a ja nadal jestem wobec tego wszystkiego bezsilna. Bycie empatą w moim przypadku ssie. Bo przez to, że nie mam pojęcia co chodzi mu po głowie, to zamiast mieć jedną (czy kilka) emocję do współodczuwania, wymyślam masę różnych, które nakładają się na siebie i sprawiają, że ciężko mi sobie z nimi poradzić. Bycie empatą jest trochę jak bycie lustrem, tylko w moim przypadku lustrem z powiększeniem. Czyli jeżeli ktoś jest smutny, to ja też będę smutna, jeżeli ktoś się ode mnie odsuwa - ja będę miała podobne odruchy. Rzecz w tym, że jeżeli, jak w tym przypadku, osoba, na której mi bardzo zależy, cierpi, ale nie chce się tym z nikim podzielić, nawet ze mną, to ja, nie wiedząc do końca co odbić, będę w sobie butelkować wszystkie emocje i wymyślać coraz to nowsze scenariusze (oczywiście pośród miliona trafi się może jeden optymistyczny), które będą sprawiały, że patrząc na tą osobę, jedyne co usłyszę w głowie, to przodujące myśli w całej tej gonitwie emocjonalnej, które doprowadzają mnie do płaczu. Tyle że nie potrafię tego wszystkiego powiedzieć na głos. Dlaczego? Bo zacznę płakać. Bo zawsze kiedy staram się wytłumaczyć coś osobistego, coś na czym mi zależy, coś dla mnie ważnego, innej osobie - zaczynam płakać przez natłok emocji, które wszystkie próbują wziąć górę i wyjść na wierzch. Dlatego nie potrafię wytłumaczyć Kubie dlaczego płaczę kiedy o to pyta - bo sama próba wyjaśnienia tego powoduje płacz. Samonapędzająca się karuzela śmiechu.
Komentarze
Prześlij komentarz