9/07/24
Po czasie zaczynam rozumieć wiele rzeczy. To, że tworzymy to kim jesteśmy przez całe życie, to, że nie robimy tego sami. To, że czasem spotykamy na swojej drodze przypadkowe osoby, które okazują się być bardzo ważnymi elementami układanki jaką jesteśmy.
W życiu bym nie pomyślała, że ludzie poznani z przypadku na festiwalach tak bardzo mi pomogą znowu być sobą, pomogą naprawić to, co inni przed nimi zniszczyli w momencie kiedy byłam bardziej podatna na krzywdę; że jeden z tak przypadkowo poznanych kumpli tak polubi mój projekt, że zmotywuje mnie to do kupienia maszynki, tylko dlatego że stwierdził, że jak nauczę się dziarać, to specjalnie przyjedzie sobie zrobić u mnie dokładnie ten rysunek, który w momencie jego tworzenia jeszcze w technikum spotkał się ze słowami „no dzieło sztuki to to nie jest” od osoby mi wtedy najbliższej. I że faktycznie przyjedzie z Rzeszowa żeby mieć to jako swój pierwszy w życiu tatuaż!
Podobnie nie spodziewałam się zakochać w 15 lat starszym facecie. Ani tego, że przy nim zostanę, kiedy ledwo dwa miesiące po poznaniu się trafi do szpitala bo padną mu nerki.
Ostanie 12 miesięcy było intensywnym okresem zmian. Koniec trzyletniego związku, nauka tatuowania, pierwszy Woodstock, a co za tym idzie - poznanie masy cudownych ludzi, era tindera, na którym klasycznie nie było nic ciekawego (albo i było, ale nie byłam na to gotowa), poznanie Andrzeja (jak się okazało po raz drugi), początek nowej pracy, nauczenie się co to znaczy być kochaną i pozwolenie na to… jeszcze pewnie wiele innych rzeczy o których teraz zapominam, ale to nie jest istotne.
Jestem tak niesamowicie wdzięczna, że pozwoliłam sobie na wyjście do ludzi. I ludziom, którzy wyszli do mnie. I tym, którzy nigdy mnie nie opuścili.
Andrzej naprawił wiele rzeczy, które poprzedniemu facetowi udało się zniszczyć. Moją pewność siebie, moje poczucie własnej wartości, moją wiarę w to, że drugiej osobie może też zależeć. Jeszcze przy nikim nie czułam się tak… widziana? Po prostu słucha, zauważa małe rzeczy, myśli o mnie i potrafi to pokazać, mimo że uparcie twierdzi, że nie potrafi okazywać miłości chociaż robi to najpiękniej na świecie. Dba o mnie, w zasadzie czasem traktuje mnie jak księżniczkę, ale też pozwala mi na bycie sobą, na bycie kobietą: upierdliwą, czasem uszczypliwą, upartą jak cholera, ale jednak. Nie muszę robić za matkę, ale też nie jestem dla niego gówniarą, traktuje mnie na równi, a tego mi tak niesamowicie brakowało większość życia. Naprawia nie tylko rany po ostatnim związku, ale też po poprzednich, niektórych sprzed prawie 10 lat. Jest szczery i ma przeogromne serce do innych ludzi, ale nie zapomina w tym wszystkim o mnie. Może brzmi to lekko narcystycznie, może i nie, może to ta zdrowa dawka egoizmu, całkowicie normalnego, że chcę, żeby mój partner był faktycznie mój, żeby o mnie myślał, żebym mogła w pełni zaufać, bez tysiąca wątpliwości w głowie.
Ostatnio zdałam sobie sprawę, że dawno po sobie nie jebałam, nie było w mojej głowie głosu mówiącego mi że jestem porażką, że nic nie osiągnę, że powinnam się zabić, bo wyszłoby to wszystkim na lepsze, że nic nie znaczę i że nie jestem wystarczająca. Zaczęłam żyć dzień po dniu. Zaczęłam Żyć. I cieszyć się z tego, nawet jak jest gorszy dzień; zauważać małe rzeczy, to jak słońce prześwituje między drzewami, czy zmienia kolor oczu, jak przypadkowi ludzie są po prostu ludźmi, drobne gesty innych czy zmarszczki które tworzą się na twarzy przy uśmiechu, to jak każdy inaczej odczuwa i wyraża emocje, to, że kiedy siedziałam z Andrzejem na ławce i mi coś opowiadał, to jego tembr głosu sprawiał że oparcie wibrowało i czułam jego głos w mojej klatce piersiowej… to ile jest faktycznie dobrych ludzi, chcących pomagać nie tylko swoim bliskim, ale też na większą skalę.
Czasami jestem absolutnie zachwycona światem. Oczywiście są dni kiedy najchętniej bym się schowała przed wszystkimi czy takie, kiedy tracę wiarę w ludzi (często przez ich nieograniczone pokłady głupoty i bezmyślności czy okrucieństwa), ale są takie dni czy momenty, w których tak niesamowicie się cieszę z bycia częścią tego co mnie otacza, że wiele ludzi nazwałoby mnie głupią czy naiwną. I może taka jestem, ale nie przeszkadza mi to, lubię romantyzować świat, lubię bycie niepoprawną romantyczką, lubię zauważać drobne, względnie nieistotne rzeczy, jak to, że kumpel opowiadając o swojej dziewczynie w momencie zaczął się uśmiechać i zmieniła się jego postura, to, jak w zależności od światła i humoru zmienia się kolor oczu Andrzeja (od odcieni zgaszonej zieleni, przez szarości, do błękitów), jak niektórzy ludzie przypominają ptaki (od eleganckich smukłych kobiet-pawi, po napuszonych pompujących się prawie na czerwono facetów-fregaty), jak wiele osób podnosi się i podejmuje z powrotem swoje pasje, jak bardzo zmienili się niektórzy moi znajomi, jak często zachodzą we wszystkich nas te małe zmiany, które kumulują się przez pewien okres czasu i sprawiają że jesteśmy zupełnie innymi ludźmi niż byliśmy kilka lat wcześniej.
Wszyscy jesteśmy mozaikami osób napotkanych po drodze i nie ma dwóch identycznych.
Komentarze
Prześlij komentarz